„Chodzi o ochronę przyrody, jaką jest człowiek w całości, wraz ze swoimi przeżyciami i spontaniczną tendencją do tworzenia sztuki i uczestniczenia w niej.”
    Jędrek Owsiński

    Moje rozmowy z Dorotą [1] zawsze schodzą na jeden tor: dość filozoficzno-enigmatycznych zmagań z własnym trwaniem. A ostatnio z wymiernością tego trwania. Jak poradzić sobie z obezwładniającą tendencją do upatrywania we wszelkiej działalności skutku wymiernego.

    Bo wymierne są pieniądze, można je przeliczyć, mogą stać się wszystkim, czego chcemy. Odpowiednia ilość pieniędzy możemy wymienić na wszystko, czego nam trzeba. Ale co, jeśli nam nic nic nie brakuje i to wszystko, co możemy mieć za pieniądze nie jest nam potrzebne – a jednak w środku, od środka, ciągle coś rozrywa. Mimo pieniędzy, ich braku, lub ich nadmiaru, ciągle podejmujemy uporczywe próby odkrycia, co to jest to niewymierne, czego tak bardzo pragniemy, a nie umiemy uchwycić spoconymi od pracy rękami. Nie potrafimy tego wyrwać ze swojego wnętrza. I opadamy na ziemię bezsilnie sparaliżowani.

    D.P.

    Lecz notoryczność polega na wznowieniu pracy. Bez pracy nie da się nic zmienić. To już nie chodzi o to, aby coś osiągnąć, lecz najprościej jak się da odmienić sytuację i siebie. Praca jest źródłem ciepła, które rozgrzewając, w arcy biologiczny sposób otwiera zaciśnięte przez nas w nas zakamarki. W wyniku notorycznej pracy – niekoniecznie systematycznej – uwalniamy intuicję, pozwalającą dotrzeć w nieprzewidywalne, a kluczowe miejsca.

    Wymierność to po prostu materializm. Materializm rodzi mechanizm. Idee materialistyczne rodzą świat mechaniczny. Postępowa, modernizacyjna wizja człowieka grozi wyeliminowaniem tego, co sentymentalne, ospałe, nie nadążające. Tego co błędne, czyli w pewnym sensie najbardziej ludzkie. Ale człowiek skłonny do błędów, skłonny jest do wybaczania błędów. W świecie, którego jedyną ambicją jest eliminacja słabości, ja – niedoskonały, grzeszny, słaby – czuję się zagrożony. Próba usunięcia tego co niewymierne, niematerialne, duchowe to próba usunięcia części mojej osobowości, którą lubię, cenię w sobie i na której kaleczenie nie godzę się.

    Ale mówmy o malowaniu. Bo przecież malowaniem można wytłumaczyć się sobie samemu, można wytłumaczyć się z siebie. Czuję presję wytwarzającą nieumiejętność poświęcenia uwagi na więcej niż kilka chwil i pogodzenia się z „utratą” czasu na malowanie. Bo wszystko ma być przecież gotowe, oczywiste, skuteczne… Ma działać, być jednoznacznie dobre, lub złe.

    D.P.

    I przypomina mi się teraz jeden z obrazów Doroty, który kiedyś z premedytacją wyniosłem z Akademii i zaniosłem do mieszkania, powiesiłem nad łóżkiem i który przez wiele miesięcy towarzyszył mi w życiu. Bo obraz z mieszkaniu jest czymś naturalnym, integralnym. Obraz w domu jest elementem organicznie spajającym mnie, jako lokatora, z tym miejscem i przedmiotami.

    Porębski pisał, że ze sztuką trzeba mieszkać i to jest dla mnie oczywiste, jako dla malarza – bo po prostu kładę się spać upaprany w farbach. Ale czasami, a zwłaszcza przez ostatnie lata, uczestnicząc towarzysko i zawodowo w masowej produkcji sztuki, wracałem do domu najzwyczajniej zmęczony i nierzadko zniechęcony.

    Sztuka dziś jest zjawiskiem masowym. Miliony malarzy malują w tej chwili miliardy obrazów marząc o wymiernym sukcesie w skali globalnej. I najczęściej nie znaczy to nic dla kogokolwiek poza nimi samymi. Sztuka w swej masowości gubi umiejętność wytwarzania uniwersalnych kodów kulturowych wykraczających poza prostą publicystykę. Publicystykę rozumiem, jako rodzaj jednorazowego, albo bardziej doraźnego zastosowania. Wśród tryliadów obrazów nie ma miejsca na refleksję i w skali globalnej stajemy się jedynie konsumentami ciekawostek i nowinek artystycznych, opinii na temat obrazów bardziej niż samych obrazów. Jednorazowo przyswajana recenzja lub opis zastępuje dzieło, które z natury swej potrzebuje kontaktu wielokrotnego.

    Odczuwam teraz ewidentną niechęć do opowiadania o sztuce. I denerwuje to studentów, z którymi pracuję, bo odbierają to jako lekceważenie. Jak uczynić sztukę autentyczną, ważną, zaangażowaną… Mam podać przykłady. I te realizacje, które jeszcze niedawno budziły moją ciekawość, które odkrywałem sam dla siebie i o czym tak lubiłem rozmawiać z innymi, dziś mnie po prostu blokują. Są nadmiarem, bo ich historia, formalne rozwiązania, ikoniczność reprodukcji to tylko fasada. Bo sztuki wizualnej, zwłaszcza malarstwa, nie można konsumować w tempie migających światełek na ekranie. Autentyczna sztuka nie jest i nie będzie sprowadzała się nigdy do szybkiej wizytówki. Tu potrzebne jest przeżycie, wprowadzenie sztuki do życia. I gdy mam o tym przeżyciu komuś opowiadać, to po prostu brak mi słów. Już nie umiem. Po prostu nie umiem mówić już o sztuce i nie chcę.

    D.P.

    Wolę poświęcać czas na tę niewymierność, która nie ma niezdrowych ambicji, która nie ma swojego guzika „lubię to”. Nie chcę być już więcej fanem żadnego artysty, żadnej pracy. Wolę wprowadzić sztukę do domowego życia, tam, gdzie kategoria wymierności trochę traci sens. Dom, jako miejsce, gdzie nie kalkuluje się co i jak i na ile się przelicza i jaki efekt daje. Dom jest miejscem, do którego wchodząc się rozbieram, a nie stroję. W którym mierność legitymizuję swoją własną odwagę do przyznania się – to mnie właśnie rusza, to mnie dotyka, to mnie dotyczy.

    Malarstwo Doroty mnie dotyczy, kształtuje mnie, dlatego chcę je pokazywać w moim domu, w domu, który się właśnie kształtuje.

    Lubię twórczość przyjaciół, mimo iż jest często kompletnie inna niż to, czym sam się zajmuję. Ale sztuka moich przyjaciół dotyczy mnie bezpośrednio. To jest sztuka, która mnie dotyka, bo drogi, którymi wiedzie, po prostu przecinają się z moimi w codziennym życiu, z którego ta twórczość się rodzi. Zatem są one również po części moimi drogami, krzyżują się lub sobie sąsiadują. Ja sztukę moich przyjaciół przeżywam, bo ona dotyczy tez mojego życia. Ona o nim opowiada i je tworzy. Bo to nasze życie.

    [1]
    Tekst niniejszy towarzyszy wystawie Doroty Pawiłowskiej „Mierny/Niewymierny” zorganizowanej w moim mieszkaniu przy ulicy Stalowej na warszawskiej Pradze (20-22.IV.2012)

    Michał Chojecki | 20 kwietnia 2012 | komentarze (0)

    Podczas gdy w Warszawie leniwie zbliża się południe, z Nowego Arbatu w Moskwie zaczynają się rozchodzić uczestnicy „Marszu o uczciwe wybory”. Tej zimy nie było zmiany czasu, więc różnica między stolicą Rosji a Europą zwiększyła się. W teorii do trzech godzin. Taki oto pożegnalny prezent swoim rodakom zafundował odchodzący prezydent Dmitri Miedwiediew.

    Miałem w Moskwie być już na początku marca, formalności wizowe jednak na tyle się przedłużyły, że tę wyczekiwaną naklejkę w paszporcie otrzymałem w poniedziałek, dzień po wyborach. U nas taki reżim roboty – usłyszałem w ambasadzie, gdzie dziwnym trafem mój paszport zaginął na tydzień.

    Moskwa jaką zastałem w pierwszych dniach po wyborach niczym nie przypominała tej, która wedle doniesień prasowych miałaby się buntować przeciwko powracającemu na tron carowi w randze premiera.

    fot. Новая Газета
    www.facebook.com/novgaz

    Snułem się po ulicach pośród ludzi których główna misją było zdobyć jeszcze jakiś kwiat. Setki tysięcy najróżniejszych bukietów zwieziono do stolicy z okazji Święta Kobiet, dnia oficjalnie wolnego od pracy i czczonego jak nigdzie indziej. Czasem ktoś przewiązał łodygę białą wstążką, symbolem tutejszych manifestacji, ale było w tym więcej rezygnacji, niż jakiejkolwiek nadziei. Polityczne napięcie rozchodzi się po kościach w gęstwinie przewidywalnych i tradycyjnych rytuałów.

    Robi się ciepło. Na słońcu zaczyna topić się półroczny śnieg. A ponieważ słońce ukazem prezydenta podobno świeci teraz dłużej, pobyt na powietrzu nie jest już znamieniem heroizmu, lecz afirmacji zachodzącej zmiany.

    Wprowadziłem się do Henryka i jego narzeczonej Natalii, młodych ludzi, nie kryjących sympatii opozycyjnych. Gdy pytam się ich o manifestacje, na twarzach pojawia się grymas. „Mamy już dość, te same słowa, te same gesty, ci sami ludzie”. I gdy w końcu na sobotę, dziesiątego marca zaplanowano kolejny miting, wzruszają ramionami – „byliśmy na wszystkich dotychczasowych protestach, popieraliśmy bunt i pomagaliśmy w nim organizacyjnie, ale teraz jesteśmy po prostu zmęczeni”.

    Henryk kupił drogą herbatę i zaprasza mnie na ruski czaj. Rozmawiamy o Sołżenicynie: „pisał o bólu, cierpieniu i zniewoleniu jako czynnikach utrwalającym rosyjską duszę. Wiesz, w szkole czytając Iwana Denisowicza jakbyś podprogowo przyjmował postawę chłopaka, który jest skazany na sponiewieranie. Bez względu na to, w co wierzysz”.

    W poniedziałek, piątego marca, na wiecu pod hasłem „Moskwa nie wierzy łzom” (które Putin uronił dowiedziszy się o zwycięstwie) Henryk czuł się zagrożony. Ale nie przez milicję (przemianowaną nota bene na policję, napisy na niektórych radiowozach jednak zostały) mimo, iż było to najbardziej brutalne jak do tej pory zderzenie dwóch porządków. „Bunt stał się domeną profesjonalistów. Jedyne co się może zmienić, to nie polityka, poziom twojego radykalizmu” – mówi mój gospodarz, opisując najbliższą perspektywę manifestacji. Ruch oporu zamiast zbijać pozytywny kapitał społeczny rodzi frustrację, przyciąga margines i stwarza okazję ku agresji. „Ja na tym nie zyskuję i moja sprawa też”.

    „Ona znalazła siły i 
    już więcej nie mówiła,
    że bez niej się obejdzie”.

    Poszedłem zatem na Nowy Abrat sam. Mimo gorzkich słów nie poddałem się defetystycznej wizji Henryka, choć trzeba mu przyznać częściową słuszność. Nie wiem co jest bardziej mordercze dla buntu – rutyna, twardy opór czy może legitymizacja i słowa „dobrze, buntuj się!”.

    Od metra Arbatskaya na miejsce wiecu, gdzie rozstawiono telebimy, scenę i nagłośnienie przeciskać się trzeba kawał drogi wąskim chodnikiem. Potem uczestników czekają polowe bramki z wykrywaczami metalu. To w Rosji norma, we Władykawkazie musiałem przez nie przechodzić, aby wejść na błotnisty bazarek bez ogrodzenia. Przecież nie chodzi o wykrycie zagrożenia. Najważniejsze to utrzymać arbitralną rolę mężczyzn z pagonami – bez znaczenia, jak bardzo są obdarci i jak dobrze jesteś ubrany. Ważne, że możesz zrobić tylko tyle, na ile ci pozwolą.

    Dwadzieścia tysięcy ludzi zgromadzonych na legalnej manifestacji zostało właśnie upokorzonych.

    Dawaj, snimaj mnie! Zrób mi zdjęcie w Moskwie – krzyknął do mnie jeden z poli/milicjantów. Robią oni za żywe barierki, stoją wąskim, długim gardłem przepuszczając ludzi na wskazane miejsce. Na oko to dzieci. Chłopcy kilkunastoletni, ubrani w przywielkie na nich mundury. Większość z nich na nogach zamiast butów – to nie żart – ma kalosze.

    Gdzie jest Hard Rock Cafe – pytam mundurowego, bo pod barem umówiłem się ze znajomym. „Nie wiem.” A kolega wie? „On też nie stąd, przywożą nas z innych okręgów. Nigdy nie byłem w Moskwie”.

    Opisana ostatnio w gazecie Wyborowej i jej radiowej filii tokfm[1] sprawa domu aukcyjnego Abbey House jest bardzo ciekawa i warto o niej rozmawiać.

    Sprzedaż prac debiutantów za 160tys zł jest klasycznym przykładem spekulacji ekonomicznej, czyli tego, z czym osobiście ostatnio zaciekle walczę. Taka praktyka, w której sztuka staje się jedynie narzędziem manipulacji, szkodzi nam wszystkim.

    Mechanizm jest prosty. Abbey House współpracuje z artystami szerzej nieznanymi, wolnymi więc od jakichkolwiek obciążeń, legendy, famy szerszej niż lokalna. Dzięki temu mają carte blanche – artystę można sobie całkowicie stworzyć i wypromować. Wziąć na własność. I z niczego nie trzeba się tłumaczyć. Można z nim robić co się podoba.

    Abbey House wyciąga do takich malarzy rękę, oferując całkiem ciekawe stawki, kilka tysięcy miesięcznie za parę obrazów. Artyści mogą pracować, dobrze im się maluje, czują się potrzebni i docenieni, bo biorą udział w dużym przedsięwzięciu, a obrazy nie zalegają w pracowni.

    Problem zaczyna się w momencie, w którym w grę wchodzi zabawa w marszanda. Pozwolę sobie zaryzykować tezę, że Abbey House posługuje się swoimi artystami czysto instrumentalnie. Ponieważ przyjęło się mówić, że wszelkie wartościowanie sztuki zawsze jest względne, nie ma nic bardziej zachęcającego, niż trochę w tej dziedzinie pokombinować i w prosty sposób osiągnąć znaczne zyski.

    Działa to w mniej więcej następujący sposób. Abbey House jest spółką notowaną na giełdzie. Sprzedając obraz artystki za 160tys zwiększa swoje aktywa. Takie transakcje ustalają również rynkową wartość prac danej artystki czy artysty. Jej prace stają się mniej więcej tyle warte, za tyle się je kupuje. Abbey House posiadając ileśdziesiąt jej obrazów tym samym wielokrotnie zwiększa swoją potencjalną wartość, dzięku czemu akcje idą w górę i stają się cenniejsze. I nie trzeba już tych wszystkich obrazów sprzedawać, nawet nie powinno się. Ważne, aby je mieć, zamknąć w skarbcu.

    Tym samym firma używa artystów jako dostarczycieli materiału do spekulacji. Nie ma tu miejsca na wartości, na sztukę – liczą się pieniądze. Takie sztuczne pompowanie bańki jest bardzo niebezpieczne i szkodliwe. Szkodzi to nam wszystkim zainteresowanym sztuką jako czymś więcej, niż tylką narzędziem ekonomicznym. Bo co za różnica, co jest na płótnie?

    Nie trzeba być specjalnie rozgarniętym, aby się zorientować, że sprzedaż obrazu Agaty Kleczkowskiej za 160tys złotych jest po prostu przekrętem. Bo jeśli rzeczywiście realnie doszło do tej transakcji, to albo kupił go skończony kretyn, rozpieszczony swym bogactwem do bólu, albo ktoś, kto bierze udział w poważnym szwindlu finansowym.

    Bo równie dobrze obraz ten mógł kupić prezes wiceprezesowi, albo kolega w zamian za inną usługę. Ważne, aby rynki odnotowały te 160 kafli.

    Ludzie, którzy się pod tym podpisują, zdają się być całkowicie pozbawionymi odpowiedzialności dyletantami. Jakub Kokoszka, wiceprezes zarządu Abbey House, mówi, że chciałby stworzyć „polski Sotherby’s”. Powoływanie się na tego typu markę jest uzurpacją i dowodem całkowitej ignorancji. Na rangę i pozycję domu aukcyjnego trzeba zapracować i to latami – dobrymi aukcjami, rzetelną, WIARYGODNĄ ofertą, wiedzą. Zaufania klientów nie można sobie kupić, trzeba na to zapracować.

    Natomiast to, co robią dziś, jest najogólniej rzecz ujmując wpajaniem ludziom, że wartości artystyczne, wiedza itd w ogóle się nie liczą. LICZY SIĘ HAJS, „kasa Misiu, kasa!”[2]

    Michał Chojecki | 25 stycznia 2012 | komentarze (3)

    W PlusMinusie z ostatniej Rzeczpospolitej (21.01.2012) znajduje się bardzo ciekawy artykuł Dariusza Rosiaka pt. Król jest bezmyślny. Oto fragment, który dedykuję wszystkim kolegom artystom, gloryfikującym swoją intuicję:

    Kij i piłka do baseballa kosztują razem 1,10 dolara. Kij kosztuje o dolara więcej niż piłka. Ile kosztuje piłka?

    Odpowiedź na to proste pytanie jest przecież oczywista: piłka kosztuje 10 centów. Tak w każdym razie twierdzi ponad połowa studentów najbardziej elitarnych uczelni amerykańskich (Harvard, MIT, Princeton). Gdy zadanie wykonywali studenci mniej prestiżowych uczelni, liczba przekonanych, że piłka kosztuje 10 centów wyniosła ponad 80 procent. Z tym, że to jest odpowiedź błędna. Piłka kosztuje 5 centów (gdyby kosztowała 10, to łączny koszt piłki i kija wyniósłby 1.20 dolara). Jednak intuicja podpowiada nam, że 10 to prawidłowa odpowiedź, bo 1,10 tak ładnie dzieli się na dolara i 10 centów, że 10 wydaje się odpowiednią ceną dla piłki.

    Zapewne ci, którzy podali prawidłową odpowiedź, również intuicyjnie czuli, że 10 centów to fajna cena dla piłki, ale na swoje szczęście nie ulegli intuicji. Większość ludzi jej ulega, ponieważ myślenie – nawet krótkie i dotyczące banalnych zadań – jest męczące, człowiek zużywa na nie więcej czasu i kalorii niż na reakcje intuicyjne. Większość z nas myśli dopiero gdy w obliczu decyzji, którą trzeba podjąć, wyczerpie wszystkie inne możliwości. Gdyby chciało nam się poświęcić choćby pół minuty na zastanowienie, większość z nas byłaby w stanie odpowiedzieć na pytanie o cenę piłki. Ale nam się nie chciało.

    Michał Chojecki | 21 stycznia 2012 | komentarze (0)

    1.

    Są dwie Rosje. Jedna centryczna, druga linearna.

    Minąłem Moskwę wielkim łukiem, ale jej siłę przyciągania czuć na tysiąc i więcej kilometrów. Gdzie by się nie znaleźć, ciągle z Moskwy, albo do Moskwy. Nagle magnes puszcza i wpadam w koleinę transyberyjskiego szlaku.

    Rosja centryczna

    Przesuwam się przez te rozległe rejony duktem, którego równoleżnikowy układ trzyma mnie w garści zapętlonej rzeczywistości. Budzę się codziennie z tym samym kaprysem twarzy, otwierając oczy, widząc każdego dnia to samo. Nic się nie zmienia. Jadę czterdzieści dni zamknięty w pętli czasu.

    Najtrudniejsze staje się poskromienie ambicji. Aby coś zrobić. Aby dziś zacząć, skończyć jutro. Jutra nie będzie, bo prowadzony przez linię transsybiru daję się zamykać w pułapkę pętli dnia dzisiejszego. I tak zaczyna się swoboda. Wolność, o którą wołali zamknięci w tym więzieniu bez krat zesłani łagiernicy, a której szukają tu od zawsze outsiderzy, wykolejeńcy i wszelkiej maści wolne duchy.

    Gdzieś koło Nowosybirska pierwszy raz spotkałem chłopaka w dresie. Miał złamany nos i nic więcej. Ani grosza. Widziałem go również parę tysięcy kilometrów dalej, pod Irkuckiem i za Ułan Ude. Jechał na wschód, tak jak ja – stopem. Ale podczas gdy ja zdobywałem się na szczyty elokwencji i retoryki, gaworząc z kierowcami Kamazów, przekonując do zabrania mnie w dalszą podróż, on siedział i sam jak palec drwił z jakiegokolwiek personalnego zaangażowania w sprawy własnego losu.

    I zawsze był pierwszy. Te kilka razy udawało mi się go doścignąć i chwilę pogadać, to on zawsze na mnie czekał, jakby to było oczywiste, ze skoro widzieliśmy się wcześniej, to teraz też się spotkamy. Nic nie chciał. I nie wiem jakim cudem żył i przemieszczał się. Dla mnie uwięziony był po prostu w paradoksie pętli sybirskiego traktu.

    Na tej nitce szlaku nic nie da się ukryć. Wszyscy jadący z Omska wiedzą co się stanie w Krasnojarsku, bo ci jadący z Czyty nie mogą go ominąć. Nadchodzą wieczory i siedzę na tych stajankach, gdzie cumują karawany Kamazów ze wschodu i zachodu, jem kartoszki i piję czaj, opowiadam o sobie setny raz.

    Równoleżnik to niesamowita linia. Wyszedłem z domu dziewięć tysięcy kilometrów temu, a krajobraz ciągle jak na poligonie w Wesołej, gdzie bawiłem się jako dziecko. Sosny i brzozy. Ale nie linia wschód-zachód i prześlizgiwanie po niej jest tutaj kluczem. Tu sprawa rozchodzi się o brnięcie wgłąb.

    Rosja linearna

    2.

    W czołówce filmu Szczęśliwi Ludzie [1] pojawiają się słowa: “Są takie miejsca, gdzie oligarchy nie trugajut”. Rzeczywiście, czas moskiewski jawi się jako abstrakt, a jego realia są równie kosmiczne, jak gwiazdy nad głowami. Są takie miejsca, jest takie miejsce, gdzie pewne ważne dla świata zdarzenia i decyzje są kompletnie nieistotne.

    Na Syberii mieszają się dwa porządki – wyobrażony, czyli państwowy i cywilizacyjny, oraz ten ekstremalnie namacalny, właściwy tylko temu miejscu, wyznaczany przez prawa przyrody, prawa ziemi. Nicolas Bouvier zauważył bardzo ciekawie, że kolonizacja Syberii jest największą zmianą terytorialną w historii świata[2]. Zauważył również, nie ukrywając ekscytacji, że nie pociągnęło to praktycznie żadnych konsekwencji.

    Miejsce to traktowane jest zatem jako margines, nawet jako śmietnik. Już przejeżdżając Wołgę – nota bene najpotężniejszą rzekę Europy – przebiegła mi przez głowę myśl, że gdyby to co na wschód od Moskwy, zostało zagospodarowane w jakikolwiek sposób, zmieniło by to całkowicie równowagę świata.

    Co więcej, podróżując rok później po Azji Środkowej, czyli tym geograficznym centrum największego lądu świata, faktycznym centrum globu, uświadomiłem sobie jak bardzo ten środek jest pusty. Ale ta pozorna pustka to chyba najwspanialsza rzecz jaką mamy.

    3.

    Stałem gdzieś na rogu ulic w Symferopolu. Próbowałem przejść przez ulicę. Zegar odliczający czas do zmiany świateł pokazywał, że zielone dla pieszych będzie jeszcze siedem sekund, a czerwone dla samochodów potrwa sześć. Samochody dostają sygnał start gdy trwa zielone dla pieszych i ruszają z piskiem.

    Oto ten niesamowicie intrygujący aspekt: ze wszystkich, nawet najprostszych układów, założeń, umów, zasad można wydusić coś innego, zrobić coś inaczej, przekornie. Przecież z perspektywy perfekcjonizmu i ordnungu to musi prowadzić do katastrofy. Ale nie tutaj.

    Tutaj nie ma sprzeczności, nie ma w tym niekonsekwencji. Jest pewna umowność, uznaniowość. Przecież gdyby człowiek miał super dokładnie przestrzegać tych wszystkich zasad, które regulują nasze życie, to wszystko by się zawaliło. Gdyby żył tylko ideałem, wzorem, perfekcją – przewróciłby się na pierwszym schodku. Od razu wszystko by się zawaliło, bo gdy jeden trybik w mechanizmie się psuje, wszystko staje.

    Ale w pewnym stanie mentalnym, nawet w sytuacji najbardziej serio, gdy coś się wali, wystarczy postukać młotkiem i nie wiedzieć czemu wszystko zadziała od nowa. Nie można wszystkiego literalnie traktować, każda zasada jest tylko swobodna umową, za której złamanie czasem należą się konsekwencje, ale mechanizm całości nie padnie.

    Gdyby człowiek miał przywiązywać wagę do tej jednej marnej sekundy różnicy w światłach organizujących ruch, musiałby też zobaczyć cały ten syf wokół. Musiałby również spojrzeć na chodnik, że jest dziurawy, że co drugiej, trzeciej płyty nie ma, a w dziurze po niej leżą śmieci. Musiałby zobaczyć, że wybetonowany plac jest popękany, częściowo zapadnięty, a przez szczeliny wychodzą korzenie tworząc wielkie muldy. Gdyby kierowca miał respektować prawa pieszych, gdyby chciał postawić na wyższą kulturę jazdy, musiałby zacząć również zauważać, że 30% asfaltu z drogi zniknęło i jedzie po szosie nieremontowanej od 30 lat, na której znajduje się kilka generacji marnych łat.

    Morze Czarne

    4.

    Urodziłem się w 1985 roku. Moje pierwsze odruchy kojarzenia jakichkolwiek mechanizmów świata są wykształcone na podstawie obserwacji legnącego w gruzy socjalistycznego państwa. Ludzie urodzeni później już tego nie znają. Ci starsi absurdy czasów sowieckich zdążyli oswoić. Ja zapamiętałem je jako pierwsze błyski, po czym wszystko zniknęło.

    [1]
    Счастливые люди: Год в тайге
    Film w pełnej wersji: http://video.meta.ua/3604658.video
    Na podstawie oryginału Werner Herzog stworzył pełnometrażowy dokument „Rok w tajdze”. Trailer: http://vimeo.com/11748311

    [2]
    Nicolas Bouvier – „Drogi i manowce”. Z autorem rozmawia Irene Lichtenstein-Fall (Noir sur blanc, Warszawa, 2002)

    Tekst powstał z przeznaczeniem do czwartego zeszytu Pracowni Struktur Mentalnych pt. „czas wolny”.

    Michał Chojecki | 09 stycznia 2012 | komentarze (0)

    Cały ten akcjonizm wydał się dziś sztuką niezwykle estetyczną, intrygującą w płaszczyźnie wizualnej. To co rzuca się w pierwszym momencie, to przede wszystkim czysto sfotografowany brud. Ale ponieważ załapałem się na oprowadzanie i dyskusje nt. wystawy, a jestem dość wrażliwy na punkcie opowiadania bajek przy okazji wieszania obrazków, postanowiłem co nieco napisać.

    Przede wszystkim nie mogę słuchać już tego gadania, że my, Polacy po 50 latach (od 1962- początek działań akcjonistów) teraz wreszcie dorośliśmy do tego, aby „ponownie przepracować” pewne wartości, które atakowali wiedeńczycy. To straszna brednia – jeśli przez ten czas do czegoś doszliśmy, to nie do dojrzałości ideologicznej i politycznej, uznającej wstecznictwo mieszczaństwa i beton katolicyzmu, tylko po prostu przyzwyczailiśmy się do perwersji i wyuzdania, które są podstawą przekazu większości mediów masowych i praktycznie wszystkich młodzieżowych. I tak jak nagie laski kręcące tyłkami w teledyskach na VIVie, tak w MOCAKu oglądamy pięknie oprawione zdjęcia faceta smarującego się farbą i obwiązującego sobie genitalia szmatami.

    Akcjonizm jako dokumentacja stał się jedynie ilustracją do historycznej baśni. Taka jest też prezentacja w MOCAKU. Nic o rzekomym biegunie społeczeństwa się nie dowiemy – co najwyżej obejrzeć możemy parę dobrze sfotografowanych wygłupów. I w tym charakterze jest to dobra wystawa.

    Moją podstawową uwagą jest nadinterpretacja tego zjawiska, widoczna już w samym tytule. Robienie z tej grupy bieguna społeczeństwa jest nadawaniem mu megalomańskiej skali. Nie potrafię po prostu uwierzyć w to, że akcjoniści mogli mieć jakąkolwiek siłę oddziaływania w społeczeństwie.

    Sprawa jest podobna do Żmijewskiego, który wykorzystując swoje rzekome zaangażowanie, siedzi wygodnie w fotelu muzealnym i – jak pisał ostatnio Kuba Mazurkiewicz – zamiast realnie wejść ze sztuką w przestrzeń społeczną, zasysa wybrane fragmenty do tego muzeum. Dlaczego? Bo wymiar społeczny jego działań jest zerowy – nie ma szans odnieść jakiegokolwiek skutku, jest zbyt przywiązany do siebie jako artysty, a za mało zaangażowany w siebie, jako człowieka. wybrał postawę arogancką w swej utopijności.

    Mam po prostu wątpliwości, czy umuzealnienie akcjonistów jest jedynym rozwiązaniem. Mam wątpliwości, czy w ogóle umuzealnienie i urynkowienie jakiegokolwiek przejawu sztuki zaangażowanej w cokolwiek innego, niż muzeum, ma sens.

    Jeśli powołujemy się dziś na to, Wiedeńczycy uzyskali jakiś masowy rozgłos, że pisały o nich media i na tym opieramy swoje zdanie, że to była tak ważna społecznie grupa, to dlaczego pomijamy wszelkie inne patologie społeczne, którymi żywi się prasa na co dzień, w tym morderstwa, nie nadając im tak silnego znaczenia? Jestem przekonany, że przeceniamy działania Wiedeńczyków w szerokich kategoriach zbiorowościowych, stosując niepotrzebnie kryteria oceny artystycznej do działań społecznych. Cały ten hałas wokół ich sztuki/działań jest pomieszaniem poziomów.

    Dla mnie w ogóle mówienie o odbiorze działań akcjonistów w kategoriach masy jest śmieszne. Bo masową mamy dziś jedynie percepcję ich legendy.

    Jeśli miałbym nazwać akcjonistów przeciwnym biegunem, to wpisałbym go jedynie w Jedyną grupą społeczną, która ma szansę być naprawdę dotknięta działaniem akcjonistów są artyściperspektywę formalno-artystyczną. Jestem przekonany że ich radykalizm miał wielki wpływ na wielu artystów, literatów, filmowców – i to niekoniecznie wtedy i w Wiedniu – udowadniając im zachowawczość i letarg. Obawiam się jednak, że na mieszczóchów akcjoniści mieli wpływ ŻADEN.

    Jedyną grupą społeczną, która ma szansę być naprawdę dotknięta działaniem akcjonistów w skali globalnej (czyt. muzealnej), są sami artyści (szerzej przemysł artystyczny). To dla nich akcjonizm stanowi radykalną konkurencję, wobec której trzeba się opowiedzieć lub ustawić obok i znosić ich sąsiedztwo.

    Michał Chojecki | 04 stycznia 2012 | komentarze (6)

    W ostatnich dniach w prasie i internecie pojawiły się informacje na temat obywatelskiej akcji grupy młodych ludzi, którzy w ramach odruchu społecznego zaangażowania wystąpili przeciwko likwidacji jednego z warszawskich barów mlecznych. Pod hasłem „ponownego otwarcia Baru Prasowego” kryje się – w moim mniemaniu bardzo szkodliwa – manifestacja poglądów i zwyczajów lewackich.

    Oczywiście obrona interesów słabszych, bezbronnych, głodnych, potrzebujących jest słuszna, żal z powodu zamknięcia Baru Prasowego z pewnością każdy podziela, ale chciałbym zwrócić uwagę na obecne w tej akcji drugie dno, o którym media w ogólnym szale przytakiwania i poklepywania protestujących po plecach chyba zapomniała. I ta bezrefleksyjna, jednostronna medialna agitacja skłoniła mnie do napisania tego artykułu.

    Uważam, że akcja z Barem Prasowym jest dość ordynarnym wykorzystaniem ludzi niezamożnych i biednych, będących najczęstszymi bywalcami tego miejsca, przez osoby, których światopogląd wyklucza wytrwałą, rzetelną i przez to trudną PRACĘ, przy jednoczesnym zachowaniu postawy roszczeniowej. Sprowadza się to do twierdzenia: „należy nam się”.

    Pod szyldem obrony najuboższych toczy się walka o zachowanie bezpiecznego status quo dla ludzi, którzy kontestując system nie potrafią się przyznać, ile jemu zawdzięczają. Pod płaszczem upragnionego społecznego równouprawnienia, kryje się w gruncie rzeczy działanie mające realną wymowę zupełnie odwrotną od głoszonych haseł. Pod szyldem obrony najuboższych toczy się walka o zachowanie bezpiecznego status quo dla ludzi, którzy kontestując system, nie potrafią się przyznać, ile jemu zawdzięczają. Demonizowanie struktur państwa i miasta przy jednoczesnej kompletnej ignorancji, że za tym wszystkim stoją setki tysięcy ludzi, codziennie, wytrwale pracujących, abyśmy my mogli jeździć metrem, chodzić bezpiecznie po ulicach, siedzieć w ciepłych bibliotekach, jest dla mnie kompletnie niezrozumiała.

    Chorobliwa i permanentna chęć ułożenie wszystkiego w geometrycznym, „sprawiedliwym dziejowo” porządku, ułożenia wszystkiego po swojemu przy kompletnej ignorancji wypracowanych przez lata i stulecia tradycyjnych rozwiązań, bierze się według mnie z głęboko ukrytego wśród lewaków lęku. Polega on na tym, że gdy wypada z obiegu jeden z prostych elementów łańcucha kształtującego ich precyzyjnie skonstruowaną, zabetonowaną machinę społeczną, dzięki której mogą żyć bezpiecznie bez angażowania się w jej budowę, rozlatuje się cały szkielet utrzymujący tę konstrukcję. Lęk ten obcy jest osobom, których funkcjonowanie opiera się na własnej pracy, wykształceniu, umiejętnościach lub wiedzy, ponieważ po prostu to oni tym właśnie kapitałem tworzą owy system. Stąd protesty lewaków – wciąż mobilna, transformowalna, optymalizująca się maszyna społeczna, której nie da się wpisać w żaden idealistycznie postawiony i nie wiem jak szczytny program, zaczyna na nich napierać.

    Zatem młody człowiek, mający wybór – pracować lub nie – musi zdawać sobie sprawę, że odpowiadając „nie chcę pracować”, decyduje się na życie skromne, oszczędne i… niepewne. Po prostu ponosi najbardziej fundamentalne konsekwencje tego wyboru – a tego niektórzy zdają się nie dostrzegać. Powraca jak mantra – należy nam się ochrona od państwa, należy nam się mieszkanie, prawo do kredytu i zadłużania.

    Tyle że pod tymi hasłami kryje się zazwyczaj najprostrza hipokryzja. Podobnie, jak w przypadku tych rzekomych „oburzonych”, którzy domagają się mieszkań i „godnej pracy”, godnej, czyli takiej, która nie męczy i nie trudzi, nie wymaga zaangażowania i wiedzy, a jednocześnie jest źródłem zapewnienia wszystkich wygód i zaspokojenia kaprysów. Ludzie przyzwyczajeni do tego, że pewne rzeczy dostają z automatu, po prostu ich nie szanują. Brak szacunku do pracy i wysiłku, oraz pragnienie tego, żeby „samo się stawało” – przecież to nic innego, jak jedna z przyczyn obecnego kryzysu ekonomicznego w skali globalnej.

    Złudne przekonanie, że wybierając postawę osoby kontestującej korporacje, wyścig szczurów, czy bezduszny aparat urzędniczy, taki człowiek staje się bardziej szlachetny, walczy z kryzysem i przez to powinien być chroniony przez państwo i obsługiwany szerokim programem socjalnym, jest w moim przekonaniu chorobliwe i szkodliwe. Młodzi ludzie wybierając życiową postawę wbrew konsumpcji czy kumulacji dóbr, muszą zdawać sobie sprawę z tego, że na skromne życie również trzeba zapracować.

    Ci, którzy dziś najgłośniej protestują przeciwko bankom, elitom politycznym i finansowym, są przecież najbardziej ewidentnymi beneficjentami tego systemu. Ci, którzy dziś najgłośniej protestują przeciwko bankom, elitom politycznym i finansowym, są przecież najbardziej ewidentnymi beneficjentami tego systemu.To nie jest walka o sprawiedliwość, ale troska o zachowanie bezpiecznej pozycji w momencie, w którym system życia na kredyt lub kosztem państwa się kończy. Retoryka oburzonych jest taka – „przestaliście zaspokajać nasze potrzeby”. Hasło warszawskich protestów „Chcemy prawdziwej demokracji – teraz” to demagogia – protesty oburzonych odczytuję nie jako pragnienie oddolnej zmiany i korekty, ale powrotu do bezpiecznego i status quo, w którym nie trzeba nic robić. Oburza się dziecko, któremu zabrano zabawkę.

    Autor bloga 3dno.pl w tekście analizującym zamieszki, mające miejsce w Londynie w lecie 2011 roku, gruntownie analizuje postawę młodych londyńczyków, obalając większość stereotypów, takich jak niepokoje na tle etnicznym czy religijnym, agresja policji czy niski poziom edukacji, doszukując się przyczyn rozruchów zakodowanej coraz silniej w coraz szerszych masach chciwości.

    „Przez hipokryzję i krótkowzroczną chciwość wprowadziliśmy do kultury masowej dwie przeciwstawne postawy. Jedna mówi, że należy posiadać, a druga, że nie powinno to kosztować nas żadnego wysiłku. O ile jeszcze konsumpcjonizm da się pogodzić z wolnym rynkiem i demokracją, o tyle postawę „easy money” już nie. Pieniądze nie spadają z nieba. Należy je wypracować.” [1]

    Taki model, wykształcony przez społeczeństwa zachodnie, zachęcający ludzi do bycia bezrobotnymi, w Polsce – całe szczęście – nie miał szansy rozwinąć się na wielką skalę. Żyjemy w kraju, w którym tradycja ręcznej wytwórczości, samoorganizacji, pracy u podstaw jest bardzo duża. Zawsze trzeba było kombinować – ale nie w sensie pójścia na łatwiznę, lecz szukania dobrego rozwiązania do skutku.

    Ostatnio obchodzona rocznica wprowadzenia stanu wojennego przypomniała choć odrobinę nieprawdopodobną, mrówczą pracę, wykonywaną w tym czasie w podziemiu, solidarność milionów ludzi i zaangażowanie społeczne niezależne i przeciw panującemu systemowi. Jest to genialny wzór dla nas, żyjących już w wolnej Polsce i w czasach dużo większych możliwości, jak skromnymi środkami, a często i bez nich, opierając się jedynie na własnej zaradności, pracowitości i umiejętnościach, działać na wielką skalę i z realnym skutkiem społecznym.

    Tego kontestatorom, oburzonym i lewakom życzę w nadchodzących trudnych czasach.

    Michał Chojecki | 26 grudnia 2011 | komentarze (8)

    Od grudnia 1979 Związek Radziecki prowadził wojnę w Afganistanie. Zakładano, że będzie to krótka interwencja wojskowa. Wbrew planom Kremla afgańska kampania trwała do 1989 roku i zakończyła się kompletną klęską polityczną i militarną. W 1981 roku, wobec fiaska „afgańskiego blitzkriegu”, Związek Sowiecki, obnażony i na skraju wydajności gospodarczej, nie mógł już sobie pozwolić na kolejną ryzykowną interwencję militarną.

    „W ciągu ostatnich 20 lat Jaruzelskiemu i jego zwolennikom udało się nie tylko uniknąć odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego, lecz także przekonali znaczną część opinii publicznej, że działali w stanie wyższej konieczności, chcąc jakoby ratować Polskę przed zbrojną interwencją Związku Radzieckiego. (…)
    Dostępne dzisiaj źródła zaprzeczają jednak takiemu zagrożeniu. Wynika bowiem z nich, że Jaruzelski zgoła prosił Kreml o zbrojną pomoc, a decydenci sowieccy odmówili, ale bynajmniej nie z przyczyn ideologiczno-politycznych czy też moralnych, ale wyłącznie gospodarczych. (…)
    Upadające gospodarczo sowieckie imperium nie mogło pozwolić sobie na poniesienie kosztów interwencji w Polsce w 1981 roku i jej następstw ekonomicznych.(…)”
    - Bogdan Musiał, Rzeczpospolita, PlusMinus 10-11.12.2011

    WYSTAWA ’81-’83 życie na wojnie

    W skład ekspozycji wchodzą pamiątki oraz obiekty z prywatnych zbiorów z okresu stanu wojennego, a także prace artystów młodego pokolenia odnoszące się do tematu wojny polsko-jaruzelskiej.

    czas trwania wystawy: 13 – 21 grudnia 2011,
    otwarta w godzinach 8:00 -20:00
    miejsce: parter gmachu WNHiS, ul. Wóycickiego 1/3
    wernisaż: 13 grudnia, godz. 17:00

    PANEL DYSKUSYJNY 13 grudnia 1981

    udział biorą: prof. Marek Barański, prof. Marian Marek Drozdowski, pan Krzysztof Grabie, pan minister Waldemara Kuczyński, prof. Józef Szaniawski, prof. Wiesław Jan Wysocki.
    Opieka merytoryczna: prof. Jan Żaryn

    czas: rozpocznie się po wernisażu, o godzinie 17:30
    miejsce: parter gmachu WNHiS, ul. Wóycickiego 1/3
    organizator: Edytorskie Koło Naukowe UKSW

    Michał Chojecki | 13 grudnia 2011 | komentarze (0)

    Od dłuższego czasu zastanawiamy się nad wprowadzeniem na Gablocie Krytyki działu pod tytułem „Krótko”, w którym znajdowały by się notki na temat wydarzeń, o których warto coś powiedzieć, natomiast nie ma czasu, chęci albo materiału, aby napisać dłuższy tekst. Bo tak naprawdę większość tekstów o wystawach, które do nas docierają, to albo notki prasowe sporządzone przez artystów albo galerzystów, lub dłuższe recenzje, na które trzeba poświęcić więcej czasu. Forma pt. „krótkie” to przede wszystkim okazja do wypowiedzenia opinii i zdania, aby pewne warte zauważenia zdarzenia nie przeszły bez echa.

    KRÓTKO 1.
    Ponieważ zarzuca mi się, że o ASP piszę tylko negatywnie i krytycznie, chciałem zwrócić uwagę na bardzo ciekawą przestrzeń na uczelni. Andrzej Węcławski, będąc dziekanem Wydziału Grafiki i wykazując się sprytem, przemeblował dość porządnie katedrę grafiki warsztatowej, urządził w niej nową pracownię o uwspółcześnionym profilu, otwartym na druk cyfrowy i nowe media, po czym sam objął w niej władanie. Obecnie pracownia nr.6 to chyba najciekawsze pod względem artystycznym (nie mówimy o projektowaniu) miejsce na wydziale grafiki, które zasługuje zdecydowanie na szerszą uwagę i regularną obserwację. Istnienie i funkcjonowanie tego miejsca to niezbity dowód, że można, że da się coś w tym miejscu zrobić (choć trzeba się jedynie dobrze nakombinować).

    Szóstka przystosowana jest nie tylko do pracy, ale również ekspozycji prac. Najlepszym potwierdzeniem pozytywnej działalności pracowni są wystawy studenckie, które odbywają się z mniejszą lub większą regularnością, prawie zawsze interesujące. Ostatnio odwiedziłem otwarty 29.11.2011 pokaz „Lajlonia” Katarzyny Marzec. Prezentowany zbiór małych gablotek/makiet w ciekawy sposób łączy wiele najróżniejszych mediów, jak druk, projekcje, szycie, majsterkowanie na skraju elektroniki i rzeźby, tworząc w efekcie wypowiedź o niezwykłym klimacie, stając się dowodem bardzo ciekawej wrażliwości autorki. Oby więcej takich świeżych działań!

    KRÓTKO 2.
    Marcin Maciejowski jak wiadomo znany i lubiany jest, a jego prace świetnie prezentują się na reprodukcjach, urzekając bystrym i ciętym humorem anegdoty, w tle zostawiając nieco umiejętności czysto warsztatowe artysty. A ponieważ, wbrew potocznej opinii, uważam Maciejowskiego za wirtuoza, przechodząc Mokotowską, zajrzałem do knajpy Najsztuba, gdzie przez witrynę wypatrzeć można kilka płócien malarza. Jak poinformowano mnie w barze, „szef przyjaźni się z wieloma artystami. O, tu na przykład wisi Raczkowski!” A ponieważ nie mam nic przeciwko Maciejowskiemu na zdjęciach, wzruszałem się bardzo, mimo iż okazało się, że płótna nie są zamalowane, ale zadrukowane w jakości niemal nie do rozróżnienia od oryginału.

    Michał Chojecki | 06 grudnia 2011 | komentarze (0)

    Wielka Wystawa Studentów to wydarzenie inaugurujące działalność wystawienniczą Turbo w nowym sezonie. Jak każda pierwsza inicjatywa każdej nowej grupy, możemy doszukiwać się w niej pewnych znamion manifestacji swojego sposobu myślenia i działania programowego. Z taką wystawą związane są zazwyczaj wielkie oczekiwania, ale istnieje również ryzyko wielkiego rozczarowania, albo z innej strony zdziwienia, gdy idealistyczne założenia ścierają się z rzeczywistością. Uważam, że Wielka Wystawa Studentów, przygotowana przez nowy zespół Turbo, jest świetnym materiałem do dyskusji i omówienia.

    Koncept, z którym do kolegów studentów wyszli organizatorzy, zakładał, że „w końcu” każdy, kto uczy się na Akademii może przynieść swoją pracę i ją wystawić, a ograniczeniem jest jedynie rozmiar drzwi galerii. Warto podkreślić trzy aspekty tej koncepcji:

    - pokazać, że Akademię tworzą tysiące studentów, zbudować jedność, skumulować setki prac aby pokazać masę
    - dać szansę każdemu ze studentów, otworzyć się na wszystkich, stworzyć Turbo jako instytucję wszystkich
    - ukazać prawdziwy obraz Akademii, bez selekcji, pudru

    Myślę, że te w gruncie rzeczy utopijne, ale przecież popularne założenia są druzgocąco weryfikowane przez właściwą wystawę. Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że WWS to „dobra wystawa złych prac”. Dlaczego dobra? Bo bardzo wiele nas uczy. Wystarczy jednak wsunąć głowę do środka, aby przekonać się, że sztuka została sprowadzona do poziomu bezładnej masy, w której prace dobre, średnie i słabe mieszają się w jednorodną, mało strawną papkę. Ale to było do przewidzenia – organizatorom udało się zebrać prace od ponad stu osób. Można to traktować jako swoisty sukces, Turbo jeszcze nigdy nie było tak „popularne”. Co więcej, myślę, że było to nie do uniknięcia, bo już samo założenie – „hej, jest fajnie, wszyscy robimy sztukę, pokazujmy się, wystawiajmy” – jest ze swej natury prowadzące na manowce.

    Sztuka nigdy nie była demokratyczna – jakkolwiek ją rozumiemy – i nigdy nie będzie masowa, bo tam gdzie pojawia się tłum, znika wyrazistość jednostki – pomysłowej, kreatywnej, twórczej. Nie mowię o grupie, ale o tłumie. Artysta-indywidualista wobec wrzasku ponad stu osób nie ma szans być słyszalnym, bez względu na to, jak pięknie by mówił. Co więcej, nie ma też szansy w ogóle pięknie mówić, bo nie usłyszy sam siebie. Stąd zasadniczy wniosek: nawet jeśli chcesz zaistnieć w zbiorowości, nie możesz pędzić z prądem, nie możesz dać się wcisnąć w tłum.

    Największym sukcesem tej wystawy jest w moim przekonaniu wyraźna nauczka dla wszystkich uczestników, mam nadzieję, że również dla organizatorów, że w sztuce nie ma czegoś takiego, jak „my wszyscy”. Warto o tym mówić, bo te naiwne twierdzenie jest w szkole bardzo popularne.

    Na wernisaż wiele osób przyszło z rodzicami i w rezultacie nie wiedzieli co powiedzieć. Niektóre osoby, które złożyły prace w galerii mogły czuć się urażone, że ich „dzieła” potraktowane zostały jak mięso i użyte dość instrumentalnie, że ktoś podwiesił rysunki modela pod sufitem, że kogoś obrazek wisiał koło pomazanego pudełka po pizzy. Bo spora grupa osób potraktowała ten pokaz z przymrużeniem oka – robiąc sobie raczej żart, słusznie moim zdaniem manifestując postawę, że tam gdzie wszyscy występują w imię wszystkich, tam nic nie ma znaczenia i można zrobić wszystko. W praktyce prowadzi to do rozdwojenia między debiutantów z młodszych lat, który powiesili mokre jeszcze prace, rano kończone na zajęciach, a starszych szyderców.

    Jaki jest tego morał? Czy daje nam to ten wyśniony prawdziwy obraz ASP? Uważam, że nie. Moim zdaniem było na tej wystawie wszystko, co nie zasługuje na większą uwagę w naszej uczelni. To co najbardziej wartościowe pozostało poza. I bardziej ciekawi mnie perspektywa osób, które zdecydowały się nie wziąć udziału w tej wystawie. Bo masa i tłum zawsze zgnoi jednostkę. Najciekawsi pozostają Ci, którzy nie dają się hurra optymistycznemu pędowi, ale walczą o wyrazistość swojego głosu. Ale uwaga, teraz wasza kolej!

    Michał Chojecki | 25 listopada 2011 | komentarze (12)